7th
lis
Posted by in Biznesowa
Zajęcie zawodowe jako architekt rozpoczęłam jakiś czas temu. Od zawsze w sumie pociągały mnie takie sprawy. Nie było chyba takiego momentu kiedy nie chciałabym czegoś urządzać, projektować, kreślić, przestawiać. Pamiętam też ze szczegółami konkurs, w którym wzięłam udział i mogłam spełnić swoje marzenia. Rozchodziło się o projekty domów drewnianych. Trzeba było wykonać go z niespotykaną dokładnością i pracowitością. Nie wahałam się ani chwili, bo zdawałam sobie sprawę, że może to być sprostanie moich oczekiwań a wręcz ścieżka w stronę ich wypełnienia. Nagrodą bowiem było stypendium dwuletnie do Włoch, gdzie pod okiem sławnych włoskich architektów uczyłabym się prawdziwej sztuki i architektury.
I traf sprawił, że opracowałam te nieszczęsne projekty domów jednorodzinnych i wysłałam je na konkurs. Przyznam szczerze, że prawie nikt na mnie stawiał. Rodzice zamiast mnie wspierać mówili mi, że porywam się z motyką na słońce a znajomi sugerowali, że jest to konkurs o randze globalnej tak więc moje szanse są znikome. Aż tu niespodziewanie nadszedł termin rezultatów. Konkurs miał na celu wyłowić dwanaście najlepszych projektów domów. Na galę rozdania zaproszono mnie na piśmie, ale faktycznie nie było słowa w tym zawiadomieniu, że wygrałam. Była tylko data, miejsce i prośba o stawienie się na miejscu, bo po wręczeniu nagród można porozmawiać z wybitnymi architektami oraz oglądnąć specjalistyczną wystawę przygotowaną na tę okazję. Uznałam, że nic nie stracę jeśli tam pojadę, ale sądziłam, że moje notowania są znikome. Gdy ogłaszali wyniki miałam przyspieszone tętno. Wyczytali mnie na siódmej pozycji i czułam, że serce utknęło mi w gardle.
No tags for this post.
Sorry, comments for this entry are closed at this time.